Babia po raz kolejny…
Tym razem z 27 na 28 grudnia 2008… „Meteo.pl” i „pogodynka” prognozują świetną pogodę, bezchmurne niebo, widoczność też niezła, temperatura… no cóż, czego można się spodziewać w środku zimy?! Ciepło się ubraliśmy, termosy z herbatą i kawą, latarki i kierunek Przełęcz Krowiarki.
Wyszliśmy o 3 z minutami. Szlak czerwony przetarty, 60 cm ubitego śniegu nie utrudniało marszu. Szybko doszliśmy na Sokolicę, stanowczo za szybko – tu ukłony w stronę Wielkiego Geografa, który namawiał do wolniejszego kroku – co później odczuliśmy na szczycie… Nad Sokolicą rozpościerał się majestatyczny widok na okolicę, światła konkurowały z gwiazdami. Piękna, mroźna, zimowa noc…
Od Sokolicy w stronę Babiej śniegu trochę więcej, zasypana kosodrzewina zamieniła się w śnieżne potworki, które wyłaniały się z ciemności. Bez latarek byłoby ciężko utrzymać się szlaku, bo liczni dzienni turyści wydeptali ścieżki w różne strony nie wiadomo po co… Tak więc idąc cały czas wolnym krokiem, spotkaliśmy pierwszą dwójkę turystów, co pozwoliło nam wygrać zakład! (lizaka i gumę).
Na szczycie turystów zdecydowanie więcej, namioty zajęły jedną stronę wiatrochronu, więc my wtuliliśmy się w ośnieżone kamienia z drugiej strony. Przed nami Tatry delikatnie zaznaczały swoje kontury i pozioma tęcza łączyła niebo z ziemią. Do wschodu słońca było jeszcze trochę czasu, ile – nie wiem, bo nikt nie chciał szukać zegarka schowanego gdzieś głęboko. Mróz był zdecydowanie większy niż na dole. Dodatkowo wiatr znacznie obniżał odczuwalną temperaturę. Było bardzo, bardzo zimno! Betonowa czekolada i kanapki zostały w plecakach. Czekaliśmy… Powoli poniżej szczytu wynurzało się morze chmur, niebo coraz bardziej czerwono – pomarańczowo – żółte przygotowywało się do wprowadzenia słońca. Moment jego pojawienia się był niespodziewany. Słońce zaczęło powoli rozmrażać nasze palce i nosy, nawet wiatr trochę ucichł. Postaliśmy jeszcze trochę, czas już nie dłużył się jak wcześniej i ruszyliśmy w dół. Teraz zobaczyliśmy o wiele więcej potworków a w porównaniu z błękitnym niebem, były bardzo piękne.
W drodze powrotnej minęliśmy osiem milionów turystów; ciągle zachwycaliśmy się widokami i pomimo wzrostu temperatury do stanu równowagi wróciliśmy dopiero w samochodzie.
Wyprawa godna… wschodu! Polecamy! Marta.
Uczestnicy wyprawy: Mariusz, Marcin, Marta i Tomasz.

Leave a comment